04.04.05
Około godziny dziesiątej stawiliśmy się na lotnisku, obowiązkowo z czarnymi wstążkami... Nie zdążyliśmy nawet wejść do terminalu, a już otoczyli nasz dziennikarze, którym odpowiedzi udzielał Kuba Krupa. Oczywiście nie lecieliśmy na pogrzeb Papieża (a o to pytano), ale Kuba dyplomatycznie odpowiedział, iż mamy nadzieję pojechać do Watykanu.
Wylecieliśmy "bez zakłóceń". Pani Broniec już na Okęciu zakupiła czerwono-biały daszek z orzełkiem, żeby było nam wszystkim raźniej i ... polecieliśmy!!!
Po dwugodzinnym locie wylądowaliśmy w Rzymie. Niestety nic z tego miasta nie zobaczyliśmy. Mam nadzieję, że pojedziemy na wycieczkę do Wiecznego Miasta. Jeszcze tyllko pociąg do Latiny i znaleźliśmy się na miejscu. Długo czekaliśmy na nasze rodziny, obserwując ukradkiem Czechów i Austriaków. Wszyscy byli zmęczeni podróżą i głodni - w Alitalii kanapki nie przypominały niczego, co można by określić mianem "jadalnego". Anastasia, u której dane mi było zamieszkać, okazała się być tak sympatyczna, jak opowiadały Kasia i Martyna (obie poznały ją w Wiedniu, podczas październikowego spotkania Sokrates - Comenius).
Całą drogę do Nittuno (około 40 minut) przegadałyśmy na wszystkie możliwe tematy. Pomimo tego, że jej "angielski" nie jest perfekcyjny, udało nam się jakoś porozumieć. Po zaaklimatyzowaniu się w domu, pojechałyśmy na lekcję baletu. Półtorej godziny oglądałam próby do przedstawienia, które miało odbyć się w niedziełę w Rzymie. Około 22 zjadłyśmy tradycyjną włoską kolację ( myślałam, że nie wstanę od stołu) i rozmawiałyśmy do pierwszej w nocy. Poznałam siostrę Anasty, Gienny, która nie zna angielskiego. Pomimo tego bardzo chciała zrozumieć, o co mi chodzi. W zwiąku z tym nasza rozmowa odbywała się więcej po włosku niż po angielsku. Szczęśliwie rozumiem niektóre zwroty w tym języku, więc dowiedziałam się wiele ciekawostek z życia Włochów. Dodatkowo nauczyłam dziewczyny liczyć po polsku.
05.04.05
W drodze do szkoły poznałam połowę klasy Anasty i... odkryłam, że na 20 osób język angielski na poziomie podstawowym zna około 3! To nawet u nas, w Polsce, daleko od Europy (przynajmniej w mniemaniu niektórych) więcej osób byłoby się w stanie dogadać. Ponieważ nie było pierwszej lekcji, poszliśmy do centrum handlowego. Włoszki nic nie jedzą na śniadania, a potem wcinają ptysie i popijają je capuccino z kilogramem cukru... Nic dziwnego, że tak wyglądają.
Lekcje nie były najgorsze - spędziłam je z Kubą. Włosi mieli nam się przedstawić, ale nie... umieli. Klasa na lekcjach w ogóle nie słuchała nauczycielki, więc usiadła na biurku, wyjęła z torby wachlarz i zaczęła się wachlować. Jakoś nie mogę sobie tego u nas wyobrazić...
Po lekcjach poszliśmy zwiedzać Latinę- mało jest tam zabytków, ponieważ miasto powstało dopiero w 1932 roku. Podczas przechadzki wymienialiśmy się spostrzeżeniami i opisywaliśmy najzabawniejsze sytuacje, które przytrafiły nam się nam w rodzinach.
Po lekcjach pojechałyśmy do babci Anastazji, a potem poszłyśmy pozwiedzać Nittuno. Byłam między innymi w kościele Santa Maria Goretti. Oprócz tego pomoczyłam nogi w morzu. Po paru porcjach lodów przyszła kolej na tańce, podczas których uczyłam się do następnego etapu konkursu wiedzy o polskich noblistach.
06.04.05
Dziś na lekcjach pani od łaciny i historii zapytała mnie, czy ciepłe mamy to morze nad Warszawą i czy często się w nim kąpię!!! Ponieważ nie do końca znała język angielski, żartowała ze mnie i z Kuby po włosku. Wtedy klasa wybuchała gromkim śmiechem, dziwnie się na nas patrząc. W takich chwilach my zaczynaliśmy mówić głośno po polsku, podśmiewując się trochę. Momentalnie cała klasa milkła, słuchając tego paskudnego bełkotu (czyt. Języka polskiego), starała się wyłapać słowa pochodzenia łacińskiego. To było ciekawe doświadczenie.
Następnie - każdy z krajów prezentował swoje osiągnięcia dotyczące Socratesa. Połowa uczniów mówiła tak, że nie można było zrozumieć. Niestety moja prezentacja o kobiecie nie chciała się odpalić. A tyle nad nią siedziałam! Nasze wystąpienie interesowało głównie nauczycieli. Ale gdy pokazaliśmy zdjęcia z dnia Socratesa, cała sala śmiała się do rozpuku, podziwiając naszych chłopców w spódniczkach.
Po powrocie ze szkoły Anastasia i jej mama zabrały mnie na wycieczkę do Anzio (Ancjum), słynnego z "Quo Vadis" miasta, w którym znajdowała się siedziba Nerona. Przechadzałyśmy się nad morzem i szukałyśmy sukienek dla Gienny na rocznicę ślubu jej wujka. Zanotowałam: ceny ubrań podobne do naszych. Już nie mogę się doczekać wycieczki do Rzymu!
07.04.05
Podróż do Rzymu, oddalonego od Latiny jakieś 80 km, była bardzo miła. "Gadaliśmy" z panią Broniec, wymieniając między sobą co ciekawsze spostrzeżenia. W Rzymie widzieliśmy m.in. Colloseum (na nie najbradziej liczyłam), Forum Romanum, Kapitol, Panteon, Piazzza di Spagnia i fontannę de Trevi. Lodów objadłam się jak nigdy. Spotkaliśmy w tym mieście wielu Polaków, którzy przyjechali na pogrzeb Jana Pawła II. Wszyscy mieli polskie flagi, więc i my postanowiliśmy kupić sobie jedną. A że nie sprzedawano ich w sklepie z flagami, kupiliśmy włoską i... odcięliśmy zielony pasek! Włosi o mało nas nie podusili! Zwiedzając Rzym natknęliśmy się na Kerrego, Busha i Clintona, którzy również zjawili się oddać hołd Największemu z Polaków.
08.04.05
W szkole nie było lekcji ze względu na pogrzeb Papieża, więc pojechaliśmy na wycieczkę dookoła Latiny. Najpierw udaliśmy się do Sarmonetty - średniowiecznego miasteczka, w którym nadal mieszkają ludzie. Bardzo mi się tam podobało, gdyż widok z góry był przepiękny, a przechadzki starymi, wyłożonymi kocimi łbami uliczkami bardzo relaksujące. Po wycieczce w góry, udaliśmy się nad morze, do pięknej, nadmorskiej miejscowości. Znowu litry lodów i piękne słońce. Może się opalę?
Potem balecik - już pożegnalny. Niektórzy Włosi bardzo długio się ze mną żegnali i naprawdę się polubiliśmy.
Z Anastasią na koniec wymieniłyśmy się prezentami - dałam jej książkę o Polsce po włosku (może prędzej przeczyta), a dostałam maskotki, babkę i śmieszny długopis. Nie spałyśmy do drugiej!
09.04.05
Powrót do domu - całą drogę rozmawiałyśmy z Anastą. Obiecałam, że ją zaproszę do Polski, na co chętnie się zgodziła - chce dowiedzieć się czegoś więcej o kraju z książki, którą jej podarowałam. Po długich pożegnaniach na dworcu, polecieliśmy do Polski. Oczywiście pewna gapa z 3c (nawiasem mówiąc jakaś nieodpowiedzialna) zostawiła u swojej rodziny bilet lotniczy, tak więc trzeba było załatwiać nowy. Pomimo tej niespodzianki, dolecieliśmy w jednym kawałku (w przeciwieństwie do walizek) i po udzieleniu wywiadu (ach ta telewizja, żyć człowiekowi nie da) wrócilismy do swoich domów.